Produkcja ropy przez OPEC spadła w maju do najniższego poziomu od ponad dwóch dekad, gdyż trwający konflikt zbrojny między USA a Iranem oraz amerykańska blokada morska dusiły eksport z Zatoki Perskiej – wynika z ankiety Reutersa opublikowanej 10 czerwca.
Wydobycie przez 11 członków Organizacji Krajów Eksportujących Ropę Naftową zmniejszyło się o 1,06 miliona baryłek dziennie w stosunku do kwietnia, osiągając poziom 16,13 mln bpd – znacznie poniżej nawet pandemicznego minimum z 2020 roku, kiedy popyt gwałtownie się załamał. Największy spadek odnotował Iran, którego morski eksport ropy został faktycznie odcięty od momentu wprowadzenia amerykańskiej blokady w kwietniu.
Nowy porządek energetyczny – USA wyprzedziły Arabię Saudyjską i Rosję jako największego eksportera ropy naftowej na świecie
Kryzys podaży przerysował mapę globalnego handlu ropą naftową. Reuters poinformował 11 czerwca, że Stany Zjednoczone stały się największym eksporterem ropy na świecie, wyprzedzając Arabię Saudyjską i Rosję – już trzeci miesiąc z rzędu. Według firmy Vortexa, zajmującej się śledzeniem ruchu statków, amerykański eksport ropy i paliw wzrósł w maju do około 10,5 miliona baryłek dziennie, napędzany rekordowym eksportem ropy surowej na poziomie 5,6 miliona bpd oraz uwolnieniem zapasów ze Strategicznej Rezerwy Naftowej.
„Stany Zjednoczone stały się największym na świecie eksporterem ropy naftowej, przewyższając tradycyjne wagi ciężkie Arabię Saudyjską i Rosję, co jest dramatyczną zmianą przyspieszoną przez trwającą wojnę amerykańsko-irańską i lata wzrostu produkcji napędzanej łupkami.
Przejście od roli ofiary embarga w 1973 roku do pozycji czołowego eksportera w 2026 roku oznacza jedną z najważniejszych zmian w historii globalnej energetyki” – zauważył Invezz, powołując się na postęp technologiczny w wydobyciu ropy łupkowej oraz geopolityczne osłabienie konkurencyjnych eksporterów.
Turbulencje na rynkach
Ropa naftowa Brent była notowana w pobliżu lub powyżej 95 dolarów za baryłkę w ostatnich tygodniach, choć ceny nieco spadły w obliczu oczekiwań na ewentualny rozejm między USA a Iranem. HSBC podniósł prognozę średniej ceny Brent na 2026 rok do 95 dolarów za baryłkę, powołując się na dłuższe od spodziewanego faktyczne zamknięcie Cieśniny Ormuz.
Presja odcisnęła swoje piętno również na rynkach walutowych. Rupia indyjska osłabiła się o 15 paise do poziomu 95,56 wobec dolara amerykańskiego 10 czerwca, gdy nowa eskalacja konfliktu na Bliskim Wschodzie podbiła ceny ropy. Indie, importujące ponad 80% swojej ropy naftowej, pozostają szczególnie narażone na przedłużające się zakłócenia w dostawach.
Presja bez ulgi
Mimo że OPEC+ zatwierdził 8 czerwca czwarty z rzędu miesięczny wzrost kwot produkcyjnych, decyzja ta miała głównie wymiar symboliczny — kluczowi członkowie, w tym Arabia Saudyjska, fizycznie nie są w stanie transportować ropy przez Cieśninę Ormuz. Planowane na lipiec kolejne zwiększenie wydobycia o 188 tys. baryłek dziennie w niewielkim stopniu zrekompensuje już odnotowany spadek o 1,06 mln baryłek dziennie.
Analitycy Goldman Sachs argumentują, że gospodarka USA pozostałaby względnie nienaruszona nawet wtedy, gdyby cieśnina (Ormuz) nigdy nie została ponownie otwarta. Z kolei HFI Research, określające się jako „kontrariańska” firma analityczna, ostrzegło, że rynki energii wkrótce uderzą w ścianę i w nadchodzących miesiącach grożą niedobory benzyny.
Te skrajnie różne prognozy pokazują zakres możliwych scenariuszy, gdy konflikt z Iranem wszedł w czwarty miesiąc, powodując – według Międzynarodowej Agencji Energetycznej – „największe zakłócenie podaży w historii globalnego rynku ropy”.
To, jak potoczy się gospodarka USA, może zależeć od tego, czy ropa znów popłynie przez Cieśninę Ormuz oraz jak dobrze gospodarka poradzi sobie, jeśli tak się nie stanie.
Jak dotąd skutki są znaczące, ale nie katastrofalne dla USA.
Wysokie ceny ropy podniosły średnią cenę benzyny w USA do 4,32 dolara za galon (z 2,98 przed konfliktem). To obciąża budżety gospodarstw domowych i zwiększa inflację.
Dotąd ceny były częściowo stabilizowane przez nadzieje rynków finansowych na porozumienie i ponowne otwarcie cieśniny.
W pesymistycznym scenariuszu ten optymizm może prowadzić do niedoborów lub jeszcze wyższych cen, ponieważ zużycie energii nie spadło znacząco.
Według HFI zapasy ropy są tak niskie, że rynek działa bez „bufora bezpieczeństwa”. Oznacza to, że wydarzenia takie jak awaria rafinerii czy huragan mogą mieć znacznie poważniejsze skutki niż zwykle.
Firma porównała sytuację do gospodarstwa domowego żyjącego „od wypłaty do wypłaty”, które nie ma rezerwy na niespodziewane wydatki.
Ekonomistka Goldman Sachs Megan Peters oszacowała, że długotrwałe zamknięcie cieśniny obniżyłoby wzrost PKB USA o mniej niż 0,5 punktu procentowego rocznie, a zakłócenia w innych surowcach (np. nawozy, aluminium) o połowę mniej.
Dla porównania, gospodarka USA rosła w tempie 1,6% rocznie w pierwszym kwartale, więc szok nie powinien wprowadzić jej w recesję. Kraje bardziej zależne od ropy z Bliskiego Wschodu ucierpiałyby bardziej.
„USA pozostaną względnie odporne dzięki niewielkiej zależności od importu z Bliskiego Wschodu i zdolności do przebijania cenowo biedniejszych gospodarek” – napisała Peters.
Co to oznacza dla polskiej gospodarki?
Zakłócenia na globalnym rynku ropy wynikające z konfliktu na Bliskim Wschodzie mają wyraźnie negatywne implikacje dla polskiej gospodarki, która w dużym stopniu opiera się na imporcie surowców energetycznych. W pierwszej kolejności przełoży się to na wzrost cen paliw na stacjach, co automatycznie podnosi koszty transportu oraz działalności przedsiębiorstw. Efekt ten szybko rozlewa się na całą gospodarkę, zwiększając presję inflacyjną – droższa energia oznacza bowiem wyższe ceny żywności, usług i produkcji przemysłowej.
Szczególnie wrażliwe na ten szok są sektory energochłonne, takie jak przemysł chemiczny, produkcja nawozów czy hutnictwo, które w większym stopniu niż gospodarka amerykańska odczuwają wzrost kosztów surowców. W przeciwieństwie do Stanów Zjednoczonych, Polska nie dysponuje porównywalnym poziomem samowystarczalności energetycznej, co sprawia, że globalne zakłócenia podaży są odczuwane silniej i szybciej przekładają się na ceny krajowe.
Problem nie ogranicza się wyłącznie do ropy. Zaburzenia w dostawach innych surowców, takich jak nawozy czy aluminium, mogą pośrednio uderzyć w kolejne sektory gospodarki, w tym rolnictwo i budownictwo. Dodatkowym czynnikiem ryzyka jest kurs walutowy – rosnące ceny energii często prowadzą do osłabienia walut krajów importujących surowce, w tym złotego, co jeszcze bardziej podnosi koszt importu i wzmacnia presję cenową.
W praktyce oznacza to, że utrzymywanie się cen ropy na poziomie znacząco wyższym niż przed konfliktem może prowadzić do wyraźnych podwyżek cen paliw, sięgających od kilkudziesięciu groszy do nawet ponad złotówki na litrze. W konsekwencji rosną koszty transportu, przedsiębiorstwa przenoszą je na konsumentów, a ceny żywności i usług idą w górę, napędzając inflację.
Całościowo jest to scenariusz niekorzystny dla Polski. Nawet jeśli gospodarka amerykańska pozostanie względnie odporna na zakłócenia, Europa – w tym Polska – odczuje je znacznie silniej ze względu na większą zależność od importu energii i mniejszą elastyczność w reagowaniu na globalne szoki surowcowe.

Obecny kryzys energetyczny obnaża fundamentalną słabość polskiej strategii: zamiast realnej dywersyfikacji nastąpiła jedynie zmiana kierunku zależności. Odejście od rosyjskich surowców nie uniezależniło Polski, lecz przesunęło ciężar na dostawy z Bliskiego Wschodu oraz – w rosnącym stopniu – ze Stanów Zjednoczonych, które dzięki obecnej sytuacji umacniają swoją dominującą pozycję eksportową. W praktyce oznacza to funkcjonowanie w warunkach droższej energii i ograniczonej dostępności surowców, przy jednoczesnym braku wpływu na warunki rynkowe.
Z perspektywy gospodarczej trudno uznać taki model za optymalny. Polska pozostaje odbiorcą narzuconych cen, konkurując o surowce z bogatszymi gospodarkami, które mają większą siłę zakupową i polityczną. Uzależnienie od kierunków niestabilnych geopolitycznie lub od jednego dominującego eksportera oznacza podatność na wstrząsy, które bezpośrednio przekładają się na inflację, koszty produkcji i tempo wzrostu gospodarczego.
W tym kontekście realna dywersyfikacja powinna oznaczać pełne spektrum dostępnych opcji, a nie selektywny wybór wynikający z bieżącej koniunktury politycznej. Ograniczanie się do „akceptowalnych” kierunków dostaw zawęża pole manewru i w praktyce działa na niekorzyść gospodarki. Tymczasem część państw europejskich stosuje podejście bardziej pragmatyczne, dopasowując politykę surowcową do realiów rynkowych, a nie odwrotnie.
Jeżeli Polska chce rzeczywiście zwiększyć swoje bezpieczeństwo energetyczne, musi odejść od modelu zastępowania jednej zależności inną i zacząć traktować dostęp do surowców jako narzędzie strategiczne, a nie element politycznej deklaracji. W przeciwnym razie pozostanie uczestnikiem gry, w której inni ustalają zasady, a koszty tej zależności ponosi krajowa gospodarka.
MT
Spisek przeciwko Iranowi. Czyli jak USA niszczą wolne państwo
Poprzednia najniższa cena: 43,00 zł.
Korzystając z niedawno odtajnionych dokumentów i notatek, uznany przez krytyków autor, Dan Kovalik, całkowicie wywraca klisze informacyjne i opinie na temat napięć na linii Iran-USA, których pełne są mainstreamowe media.
Odkryj więcej z Myślozbrodnia
Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.

