Za plecami obywateli: G7 buduje globalny system kontroli informacji

W 2018 roku, podczas szczytu G7 w Kanadzie, państwa zachodnie ogłosiły powstanie Mechanizmu Szybkiego Reagowania, zwanego Rapid Response Mechanism (RRM). W tamtym czasie brzmiało to niewinnie: chodziło o wymianę informacji o zagranicznych próbach ingerencji w wybory i systemy demokratyczne. Wskazywano na rosyjskie kanały propagandowe, internetowe farmy trolli, boty, a także cyberataki – zagrożenia, które miały osłabiać zaufanie do instytucji i procesów wyborczych. Oficjalnym celem była więc obrona demokracji.

Od ostrzegania do nadzoru

Z biegiem lat mechanizm zaczął się jednak stopniowo zmieniać. Z samego centrum ostrzegania, mającego jedynie monitorować zagrożenia, przekształcił się w struktury działające niemal jak ponadnarodowe ministerstwo informacji. W 2024 roku uznano, że nie wystarczy już obserwować i ostrzegać – trzeba podejmować wspólne działania. To oznaczało, że punkty kontaktowe państw G7, Unii Europejskiej i kilku sojuszników, takich jak Australia, Nowa Zelandia, NATO, Szwecja czy Holandia, zaczęły wymieniać się danymi o treściach uznanych za szkodliwe. Informacje te trafiają następnie do największych platform cyfrowych – Meta, Google, TikToka czy YouTube – które podejmują decyzje o ograniczeniu zasięgu lub oznaczeniu treści.

Rok 2024 nazwano „mega rokiem wyborczym”, ponieważ w ponad siedemdziesięciu krajach świata odbywały się głosowania. W raportach RRM opisano, jak przed wyborami na Tajwanie zidentyfikowano filmy stworzone przez chińskie systemy sztucznej inteligencji, które miały wspierać opozycję, a w Europie zauważono rosyjskie narracje podważające sens sankcji gospodarczych. W Mołdawii tropiono przepływy pieniędzy powiązane z prorosyjskimi oligarchami. Ciekawym szczegółem jest to, że w oficjalnych dokumentach przyznano, iż do analizy wykorzystywano narzędzia OpenAI. Innymi słowy, państwa zachodnie walczyły z dezinformacją przy pomocy tych samych technologii, które wcześniej stosowali ich przeciwnicy.

Polska w sieci cenzury pośredniej

Polska jest w ten system włączona automatycznie poprzez Unię Europejską. Choć w debacie publicznej niemal się o tym nie mówi, oznacza to, że dane zbierane przez nasze instytucje – jak ABW, NASK czy Ministerstwo Spraw Zagranicznych – mogą trafiać do wspólnej sieci analitycznej i służyć do kształtowania reakcji wobec treści w internecie. W polskich mediach temat ten praktycznie nie istnieje, ogranicza się najwyżej do krótkich wzmianek o „walce z dezinformacją” w komunikatach unijnych, bez szerszego wyjaśnienia, jak realnie wpływa to na informacje, które docierają do obywateli.

Równolegle w Europie i na świecie powstają kolejne instytucje, które pełnią podobne funkcje. Niemcy powołały Centralny Urząd ds. Wykrywania Przestępstw Informacyjnych, Francja stworzyła jednostkę VIGINUM, a NATO zbudowało własną grupę szybkiego reagowania wobec zagrożeń informacyjnych. Oficjalnie wszystko to wygląda jak obrona przed manipulacją zewnętrzną, lecz w praktyce powstaje coraz gęstsza sieć instytucji pełniących rolę filtrów rzeczywistości.

Na tym tle coraz wyraźniej widać, że chodzi nie tylko o zwalczanie fałszu, ale o tworzenie struktur kontroli informacji. Jest to nowoczesna forma cenzury pośredniej: zamiast zamykania gazet czy zakazywania publikacji, stosuje się flagi, ograniczenia zasięgów i raporty przesyłane przez państwowe instytucje do platform cyfrowych. Formalnie decyzje o moderacji podejmują firmy, ale w praktyce sygnały płyną z poziomu rządowego. Właśnie w tym tkwi najważniejszy problem: cały system rozwija się poza świadomością obywateli, bez publicznej debaty i bez ich zgody.

Wylew ustaw antydezinformacyjnych

Ostatnie lata pokazują wręcz wylew ustaw antydezinformacyjnych. Każdy większy kryzys staje się pretekstem do poszerzenia katalogu treści podlegających filtrowaniu. Podczas pandemii COVID-19 blokowano materiały uznane za zagrożenie dla zdrowia publicznego. Po rosyjskiej inwazji na Ukrainę zaczęto blokować całe media uznane za prorosyjskie. Po październiku 2023 roku podobny mechanizm dotknął relacji z Gazy – raporty organizacji humanitarnych czy nagrania dokumentujące bombardowania bywały kwalifikowane jako „drastyczne” lub „wprowadzające w błąd”.

Centralnym narzędziem w Unii Europejskiej stał się Digital Services Act, formalnie przedstawiany jako regulacja zwiększająca przejrzystość działania platform cyfrowych. W praktyce daje on instytucjom państwowym i Komisji Europejskiej możliwość bezpośredniego zgłaszania treści, które mają być usuwane lub ograniczane w zasięgu. Podobne przepisy przyjęły także inne państwa: w USA powołano Foreign Malign Influence Center, w Wielkiej Brytanii uchwalono Online Safety Bill, Kanada wdrożyła Online News Act, a Niemcy już wcześniej miały ustawę NetzDG, pozwalającą na szybkie blokowanie treści w internecie.

W Polsce sprawa wygląda mniej spektakularnie, bo nie przyjęto odrębnej ustawy antydezinformacyjnej. W praktyce jednak państwo korzysta z różnych rozproszonych narzędzi. NASK prowadzi specjalne zespoły (m.in. CERT Polska, FakeHunter), które monitorują sieć i flagują wpisy uznane za dezinformację – zarówno w okresie pandemii, jak i po 24 lutego 2022 r. W trakcie wojny w Ukrainie blokowano całe portale informacyjne, wskazywane przez ABW jako „propagandowe”, bez sądowej kontroli i bez jasnego trybu odwoławczego. W marcu 2022 roku ABW i Ministerstwo Cyfryzacji ogłosiły listę stron, które miały „szerzyć rosyjską propagandę”. Znalazły się na niej m.in. wRealu24.pl, Myśl Polska, Xportal, NCzas.com, a także szereg mniejszych portali i blogów. Ich adresy IP zostały zablokowane na poziomie operatorów internetowych, a odbiorcy widzieli komunikat o decyzji państwowej.

Równolegle rozwijają się działania miękkie: kampanie fact-checkingowe finansowane przez państwo, wspieranie inicjatyw medialnych „prostujących” przekazy uznane za szkodliwe, a także coraz ściślejsza współpraca polskich instytucji z unijnymi centrami koordynacji. W 2023 roku Ministerstwo Cyfryzacji zapowiedziało powstanie Centrum ds. Walki z Dezinformacją, a ABW zaczęła regularnie publikować komunikaty ostrzegające przed „narracjami prorosyjskimi”.

W efekcie obywatel staje się odbiorcą treści coraz bardziej przefiltrowanych, choć formalnie nie ma w Polsce radykalnych ustaw antydezinformacyjnych. Wpisy są oznaczane, portale blokowane, a zasięgi przycinane – często nie dlatego, że są nieprawdziwe, ale dlatego, że wpisują się w kategorie uznane za szkodliwe politycznie. Oficjalnie wszystko dzieje się w imię obrony demokracji. W praktyce jednak powstają struktury coraz bardziej totalne, obejmujące wszystkie obszary debaty publicznej – od wyborów i polityki zagranicznej po spory społeczne i etyczne.

Krótka Historia Dezinformacji

59,00 

Informacja jest władzą, a utrzymanie władzy wymaga kontroli informacji. Informacja to inaczej formowanie i urabianie świadomości, a jeśli dokonywane jest w złej wierze, staje się dezinformacją, manipulacją służącą do tego, aby podstępem zmusić ludzi do działań, które przynoszą im szkodę i których sami z siebie by nie podjęli.


Odkryj więcej z Myślozbrodnia

Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.

#