Reakcje na wspólną operację USA i Izraela przeciwko Iranowi biegną w dwóch zupełnie różnych kierunkach: część opinii publicznej – od globalnego Południa po ruchy antywojenne w Europie – traktuje ją jako agresję i złamanie prawa międzynarodowego, podczas gdy inni, w tym wielu komentatorów w Polsce, odruchowo ją popierają. Ten rozdźwięk dobrze pokazuje, że spór nie toczy się dziś o wartości, lecz o lojalność wobec „swojego” bloku. W tym schemacie „nasi” zawsze używają siły rzekomo w obronie porządku, „obcy” – zawsze popełniają zbrodnię.

Najbardziej drastycznym symbolem tej podwójnej moralności stał się atak na szkołę podstawową dla dziewcząt w Minab, na południu Iranu. Według irańskich służb zdrowia i relacji mediów, w nalocie zginęły dziesiątki dzieci, a łączny bilans ofiar sięgnął ponad stu osób. Uderzenie w szkołę – określane przez irańską dyplomację jako „zbrodnia” i potencjalne naruszenie prawa wojennego – nie doprowadziło jednak na Zachodzie do medialnej eksplozji oburzenia porównywalnej z reakcją na rosyjskie ataki na cele cywilne w Ukrainie. Gdyby identyczne zdarzenie przypisać Moskwie, narracja o „barbarzyństwie” i „państwie‑terrorysty” byłaby natychmiastowa.

Z perspektywy geopolitycznej działania USA wpisują się w logikę opisaną przez szkołę „realizmu ofensywnego”: mocarstwo dąży do maksymalizacji siły i uprzedzającego neutralizowania rywali, nie tylko do „obrony porządku”. Stany Zjednoczone pozostają jedynym globalnym hegemonem, ale ich przewaga eroduje pod naporem Chin, Rosji i coraz bardziej asertywnego bloku państw skupionych wokół BRICS. Z ich punktu widzenia kluczowe staje się pytanie: uderzyć teraz, gdy koszt eskalacji jest jeszcze do udźwignięcia, czy czekać, aż potencjalni rywale odbudują siłę militarną, finansową i technologiczną – i wtedy ryzykować przegraną?

Wojna na Ukrainie pokazała, jak skutecznie można „wykrwawić” przeciwnika pośrednio: Rosja została poważnie osłabiona, a ciężar długofalowej konfrontacji przerzucono na Europę, która płaci cenę sankcji, zbrojeń i utraty tanich surowców. Na Bliskim Wschodzie rolę regionalnego strażnika porządku pełni Izrael – jedyne lokalne mocarstwo nuklearne, z którym Waszyngton jest ściśle sprzęgnięty strategicznie. W tym kontekście rozmontowanie militarnego potencjału Iranu – najważniejszego przeciwnika Izraela i kluczowego ogniwa w dostawach energii dla Chin oraz Indii – jest spójne z logiką prewencyjnego osłabiania konkurentów.

Uderzenia na Iran nakładają się na szerszą architekturę powstrzymywania – od sankcji energetycznych i finansowych po rozbudowę sojuszy wojskowych wokół Chin. Rozszerzanie współpracy z Japonią, Koreą Południową, Tajwanem i państwami Azji Południowo‑Wschodniej zamyka Pekinowi wyjście na otwarte oceany i utrudnia mu projekcję siły na szlakach handlowych. Jednocześnie niski próg sięgania po sankcje ma zadziałać odstraszająco na gospodarki BRICS: każdy, kto realnie spróbuje odejść od dolara jako waluty rezerwowej i rozliczeniowej, widzi, jak szeroki jest wachlarz amerykańskich instrumentów nacisku.​

USA wyciągnęły też lekcję z wojny rosyjsko‑ukraińskiej. Rosja zdecydowała się na pełnoskalową inwazję dopiero w 2022 roku, dając Zachodowi osiem lat na dozbrojenie i reorganizację ukraińskich sił. W logice Waszyngtonu taki błąd „czekania zbyt długo” nie może się powtórzyć: lepiej uderzyć wcześniej, zanim przeciwnik dojrzeje militarnie i stworzy alternatywne instytucje finansowe, technologiczne i bezpieczeństwa. To właśnie ten zimny, strukturalny rachunek – a nie deklarowane hasła o „obronie demokracji” – najlepiej tłumaczy, dlaczego bombardowanie kraju będącego w trakcie negocjacji nuklearnych i trafienie w szkołę pełną dzieci nie wstrząsa dziś do fundamentów zachodnim sumieniem politycznym.

Implikacje dla UE

Dla Unii Europejskiej operacja przeciwko Iranowi to przede wszystkim ryzyko ekonomiczne i energetyczne, nawet jeśli żaden europejski rząd nie brał udziału w decyzji o uderzeniu. Po odcięciu się od rosyjskich węglowodorów po 2022 r. Europa w coraz większym stopniu opiera się na imporcie ropy i LNG z Zatoki Perskiej; szacunki wskazują, że wartość tych dostaw sięgnęła ok. 58 mld euro rocznie. Każde zagrożenie dla żeglugi przez Cieśninę Ormuz – od wyższych stawek ubezpieczeniowych po faktyczne przerwy w tranzycie – podbija ceny energii i działa jak „ukryty podatek” nałożony na przemysł, transport i gospodarstwa domowe w UE.

Bruksela deklaruje „maksymalną powściągliwość” i stawia na dyplomację, ale w praktyce jej główne narzędzie pozostaje ekonomiczne: sankcje i regulacje. Problem w tym, że pole manewru się zawęża – UE ma już rozbudowany reżim sankcyjny wobec Iranu za łamanie praw człowieka i wsparcie militarne dla Rosji, a dalsze zaostrzanie presji może ograniczać ścieżki deeskalacji, jednocześnie popychając Teheran głębiej w ramiona Pekinu i Moskwy. W scenariuszu przedłużającej się konfrontacji Europa stanie więc przed klasycznym dylematem: jak pogodzić solidarność z USA i politykę sankcyjną z ochroną własnej konkurencyjności i stabilności społecznej w warunkach kolejnego szoku cenowego na rynku energii.

Implikacje dla Polski

Z polskiej perspektywy kryzys irański nakłada się na dwie kluczowe osie polityki państwa: bezpieczeństwo energetyczne i rolę na wschodniej flance NATO. Po odejściu od rosyjskiej ropy znacząca część dostaw do Polski i regionu trafia drogą morską, m.in. z kierunku bliskowschodniego, co zwiększa znaczenie takich podmiotów jak PERN jako operatorów infrastruktury krytycznej dla Sojuszu. Wzrost cen ropy i LNG, a także ewentualne przekierowanie ładunków z Azji do Europy w razie zakłóceń w Ormuz, bezpośrednio przekłada się na ceny paliw w Polsce – już wcześniejsze napięcia izraelsko‑irańskie powodowały skokowe podwyżki na stacjach rzędu kilku–kilkunastu groszy na litrze.

Jednocześnie jakakolwiek długotrwała eskalacja na Bliskim Wschodzie może przyspieszyć naciski na zwiększanie wydatków obronnych i zaangażowanie wojskowe państw NATO, w tym Polski, zarówno na wschodniej flance, jak i potencjalnie w misjach morskich chroniących szlaki strategiczne. W praktyce oznacza to, że Polska – choć geograficznie odległa od Zatoki – staje się pośrednim „zakładnikiem” konfliktu: płaci wyższą cenę za energię, dostosowuje budżet do wyższych wydatków obronnych i jest zmuszona równocześnie utrzymywać gotowość wobec Rosji i konsekwencji działań USA na innych teatrach.

Ziemia nieobiecana. Strefa Gazy: eksterminacja, technologiczna kontrola i hipokryzja Zachodu

Pierwotna cena wynosiła: 69,00 zł.Aktualna cena wynosi: 55,00 zł.

Poprzednia najniższa cena: 55,00 .

Ziemia nieobiecana to reportersko-analityczne studium wojny, którą organizacje międzynarodowe i eksperci prawa humanitarnego coraz częściej określają mianem ludobójstwa. Autorka pokazuje, że przemoc wobec Palestyńczyków nie jest efektem chaotycznych działań wojennych, lecz elementem długotrwałego, systemowego procesu – od zniszczenia infrastruktury życia, przez blokadę ekonomiczną, po kontrolę demograficzną i technologiczny nadzór.


Odkryj więcej z Myślozbrodnia

Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.